Marek Dochnal, który w ostatnim czasie stał się najsłynniejszym "lobbystą" Polski dla środowiska, jest antywzorem, ewidentnie robiącym mu czarny PR. Nikt z profesjonalnych lobbystów nie uważa go za przedstawiciela tej branży, ale zwyczajnie za aferzystę i człowieka załatwiającego własne podejrzane interesy. Dochnal łamał wszelkie zasady działania lobbysty, łącznie z tą, która mówi, że lobbysta zawsze pozostaje w cieniu. Uwielbiał rozgłos, jego zaś uwielbiali choćby pracownicy restauracji w całej Polsce, w których organizował wystawne bankiety dla swoich kontrahentów. Po udanym wieczorze każdy, od kuchcika po kierownika sali, mógł liczyć na kilkusetzłotowy, wręczany osobiście napiwek. Spotkania w knajpach to dla zwyczajnego lobbysty raczej konieczność niż forma wywarcia presji. Nikt nie oczekuje, że jednym obiadem z jedną osobą można przeforsować jakąś zmianę prawną.
- Dostrzeganie w płaceniu za obiad znamion korupcji to zła wola albo zwykła niewiedza - uważa Arkadiusz Protas. - Posiłek to dobra okazja do spokojnej rozmowy z politykiem, który jest zazwyczaj człowiekiem mocno zajętym.
Zresztą polityk czy urzędnik może zapłacić za siebie, jeżeli ma jakieś etyczne dylematy. Regulacja prawna instytucji lobbingu rozwiązałaby i tę kwestię, każąc posłowi po prostu zaznaczyć, że takie spotkanie miało miejsce.
Oczywiście za pomocą ustawy nie da się uregulować wszystkiego. Można się pytać, czy granicą uczciwości jest obiad w restauracji, czy może wędkowanie na Mazurach, bo raczej nie fundowane wakacje na Karaibach. Z tym problem próbowano sobie poradzić już przy okazji obowiązku składania oświadczeń o korzyściach majątkowych, a i tak wciąż nie udało się wyeliminować patologii. Bo w gruncie rzeczy wszystko tu zależy od posłów i urzędników oraz od ich uczciwości.
Skład komisji nadzwyczajnej ds. działalności lobbingowej wygląda imponująco. Mamy tu i Andrzeja Aumillera (UP) i Andrzeja Celińskiego (SdPl), członków komisji orlenowskiej, i Wiesława Kaczmarka, byłego ministra Skarbu Państwa, i Ludwika Dorna, czołowego czyściciela PiS-u. Te nazwiska mogłyby sugerować, że sprawę traktuje się nadzwyczaj poważnie. Niestety, oprócz Celińskiego, który był na jednym posiedzeniu roboczym, żaden z ww. posłów nie uczestniczył dotąd w pracach komisji.
- O tym, jak zły jest klimat wokół lobbingu, świadczy fakt, że ustawę przygotowywało MSWiA. Resort zabrał się do prac nad ustawą o lobbingu w ramach programu i pod hasłem walki z korupcją. Oznacza to, że jest nastawione na penalizację, a nie na ucywilizowanie tak ważnego instrumentu wpływu obywateli na władzę, jakim może być lobbing, dający równe szanse wszystkim zainteresowanym, a nie tylko swoim. Samo to wystarczy, by zauważyć, iż w polskim życiu publicznym lobbing uważany jest za działalność organicznie związaną z łamaniem prawa lub przynajmniej na pograniczu prawa - mówi Witold Michałek, współwłaściciel firmy doradczej i lobbingowej Unilob.
W podobnym tonie wypowiada się poseł Marek Zagórski:
- Ustawa jest raczej reakcją na powszechne łapownictwo, a nie stara się wyodrębnić działalności lobbingowej jako legalnej formy wpływania na kształt prawa.
Długi okres prac nad ustawą lobbingową może wynikać również z tego, że w tym akurat przypadku lobbyści są wyjątkowo mało aktywni. W posiedzeniach komisji nadzwyczajnej bierze udział tylko jeden przedstawiciel środowiska, Arkadiusz Protas, akurat w tym przypadku reprezentujący Business Centre Club, choć prowadzi poza tym własną działalność lobbingową. Środowisko BCC obok Stowarzyszenia Profesjonalnych Lobbystów w Polsce to najbardziej zainteresowane dobrymi regulacjami prawnymi podmioty. Często słychać, że wielu lobbystom, szczególnie tym działającym bez otwartej przyłbicy, nie zależy wcale na jakichkolwiek regulacjach prawnych, bo to w naturalny sposób ograniczałoby ich skuteczność.
- Jeżeli ktoś chce pozostać niezauważonym, to będzie przeciwko projektowi i w ogóle dyskusji na ten temat - uważa Protas.
W komisjach parlamentarnych osób, które przyznają się do uprawiania zawodu, pojawia stosunkowo niewiele. Często ukrytymi lobbystami są kancelarie prawnicze, firmy konsultingowe oraz agencje PR. Na posiedzeniach komisji pojawiają się w roli ekspertów lub doradców, i to o dziwo działających jako eksperci partii oraz poszczególnych posłów, a nie reprezentanci strony trzeciej. To powoduje, że układ sił nie jest do końca czytelny, a proces stanowienia prawa - obarczony piętnem partykularyzmu.
Zdaniem Witolda Michałka, nie ma interesu ogólnospołecznego; zawsze jest interes jakiejś grupy społecznej. Natomiast działania lobbystyczne mogą pełnić społecznie użyteczne funkcje:
- Prawem obywatela jest nie tylko zagłosować raz na cztery lata, ale też permanentnie dostarczać informacje potrzebne do podejmowania racjonalnych decyzji. Nasza rola w tym procesie to rola pośredników w przekazywaniu informacji - broni lobbystów Michałek.
Firmy lobbingowe, które otwarcie przyznają się do prowadzenia takiej działalności, zabiegają o to, żeby bez żadnych przeszkód i obostrzeń móc działać jako reprezentanci konkretnych grup interesu. Do tego potrzebna jest jednak nie tylko regulacja prawna, ale i psychologiczna zmiana nastawienia. Póki co, otwarcie działający lobbyści padają ofiarą niedomówień i pogłosek, spraw nagłaśnianych w mediach, ale przede wszystkim niezrozumienia ich roli przez samych parlamentarzystów. Doświadczenia ostatnich 3 lat stworzyły sytuację, którą można określić jako kwadraturę koła; lobbing z góry uznawany jest za coś nieetycznego, więc wszelkie działania postrzegane są jako obarczone co najmniej dwuznacznością.
- Dopóki nie oczyści się atmosfery, niejasności pozostaną, więc pozostaną i podejrzenia. Chcemy oswoić opinię publiczną z instytucją lobbingu - mówi Arkadiusz Protas.
Definicja działalności lobbingowej proponowana w polskim ustawodawstwie prowadzić może do absurdu - do tego, że każdy zamierzający wyrazić swoją opinię wobec władzy publicznej będzie musiał wpisać się wcześniej do rejestru podmiotów prowadzących działalność lobbingową. Jak piszą analitycy BCC, idąc tym tropem do rejestru musieliby wpisywać się m.in. dziennikarze, których jednym z celów działania jest niewątpliwie wpływanie na organy władzy publicznej. Do rejestru musieliby wpisać się także uprawiający tzw. lobbing kowbojski, czyli organizatorzy strajków i blokad dróg, gdyż oni także starają się wywierać wpływ na organy władzy państwowej.
Na dobrą sprawę przez kilkanaście lat transformacji w Polsce nie dorobiliśmy się jeszcze definicji lobbingu. Ustalenie tego, co jest lobbingiem, a co nim nie jest, to trudne zadanie. Wszyscy są zgodni - lobbing dotyczy polityków i pracowników administracji publicznej z różnych szczebli. Z drugiej strony, gdyby za niego uważać wszelkie próby wpłynięcia na decyzje polityków i urzędników, w zasadzie nie byłoby osoby, która lobbingiem by się nie zajmowała. Wszyscy bowiem w jakiś sposób, nie zawsze bezpośrednio, próbujemy wpłynąć na decyzje, od których zależą nasz sposób i jakość życia. Teoretycy lobbingu ukuli zresztą stosowny termin - grass roots lobbing - dla kampanii prowadzonej z pozycji szarego obywatela trudnej do uruchomienia, ale o największej sile oddziaływania. W Polsce jak do tej pory nie mieliśmy takiej oddolnej kampanii.
- W naszym kraju nie ma tradycji i odpowiedniego nastawienia obywatelskiego, aby takie kampanie można było uruchomić - przekonuje Arkadiusz Protas z Profile PR. - Jedyny przykład, który przychodzi mi do głowy, to działalność przeciwników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. Dobrze zorganizowani i skuteczni są też polscy działkowcy, działający - choć raczej nieświadomie - według modelu amerykańskiego, czyli jako obywatelska grupa nacisku.
W Stanach Zjednoczonych, gdzie lobbing ma długą tradycję za lobbystów uważa się osoby, które utrzymują więcej niż jeden kontakt lobbystyczny w Kongresie, spędzają więcej niż 20 proc. czasu pracy (w ciągu 6 miesięcy) na zajęciach związanych z działalnością lobbystyczną (badania, prezentacje, zebrania itp.). Ustawa federalna o lobbingu (Federal Regulation of Lobbying Act) z 1946 r. definiuje "lobbies" jako grupy poszczególnych interesów usiłujące wpływać na procedurę ustawodawczą w Kongresie. Ustawa ta poprzez jej późniejsze zawężenie orzeczeniem Sądu Najwyższego z 1954 r. obejmuje swym zasięgiem wyłącznie oddziaływanie na legislację przez bezpośrednie kontakty z członkami Kongresu. Taka definicja prawna nie stwarza niebezpieczeństwa, że za lobbystów zostaną wzięci przedstawiciele szeroko pojętego interesu społecznego, którzy później będą musieli przedstawiać swoje racje w podobnym trybie.
Polski projekt ustawy o lobbingu zaproponowany 2 lata temu przez MSWiA, zdaniem ekspertów BCC utrudnia dostęp do parlamentarzystów zwykłym wyborcom, traktując tych ostatnich na równi z lobbystami. Również posłowie z nadzwyczajnej komisji sejmowej, którzy od 2 lat próbują coś zrobić z ustawą, nie bardzo wiedzą, jak sprawę ugryźć. Są, co prawda, bardzo liberalnie nastawieni członkowie, jak Marek Zagórski z SKL, którzy praktycznie nie chcą żadnych ograniczeń, jednak większość domaga się restrykcyjnych warunków współpracy lobbystów z politykami. Wymóg rejestrowania, a nawet szczegółowego opisywania wszystkich spotkań, musi zniechęcić do kontaktu wielu posłów i urzędników. Dodatkowo ci ostatni narażają się od razu na zainteresowanie ze strony przełożonych.
- Znając urzędniczą mentalność, wątpię, aby ktoś, kto ma w miarę spokojną posadę, za kilka tysięcy chciał się narażać na zbytnie zainteresowanie jego pracą. Tym samym urzędnicy przestaną słuchać tych, dla których w zasadzie pracują - uważa Arkadiusz Protas.
Sam poseł Zagórski o rządowym projekcie nie ma dobrego zdania, ponieważ nie gwarantuje on w rzeczywistości transparentności w tworzeniu prawa, a zajmuje się nadmiernie kontrolą urzędników i polityków, jakby chciał uchronić ich przed wszelkimi dwuznacznymi kontaktami.
- A takie kontakty wcale nie muszą być dwuznaczne, jeżeli da się zawodowym lobbystom marchewkę w postaci możliwości jawnego uczestniczenia w pracach komisji sejmowych lub na innych szczeblach stanowienia prawa - zauważa Zagórski.
Na przeciwnym biegunie stoi posłanka Krystyna Grabicka z Ruchu Katolicko-Narodowego. Ten drugi biegun to właśnie chęć rozciągnięcia jak najszerszej kontroli nad urzędnikami wszystkich szczebli, aż po samorządy lokalne. Wówczas każdy kontakt z "osobą urzędową" musiałby być rejestrowany i później sprawdzony, a to, biorąc pod uwagę liczbę takich kontaktów, byłoby niemożliwe. Zaś ustawa o działalności lobbingowej stałaby się kolejnym martwym przepisem prawnym.
Marek Zagórski zwraca uwagę na jeszcze jedno niebezpieczeństwo - możliwość politycznej dyskredytacji posłów, jeśli jakaś zmiana prawna okaże się błędna lub szkodliwa.
- Wówczas nawet rejestracja spotkań nie uchroni polityka przed oskarżeniem. Co więcej, może być dowodem jego nawet niezasłużonej winy - twierdzi Zagórski. - To może spowodować niechęć posłów do wszelkich konsultacji. I znowu posłowie będą tworzyli prawo, które odbiega od potrzeb i oczekiwań.
Z doświadczeń państw demokratycznych wiadomo, że lobbyści działający według legalnych zasad tego zawodu pełnią ważną rolę w procesie przepływu informacji między społeczeństwem a władzą. Bowiem w gruncie rzeczy lobbowanie sprowadza się do przekazywania informacji. Rzetelnej, doskonale opracowanej, analitycznej, takiej której decydent może zaufać. Na podjęcie przez nich decyzji wywiera wpływ wiele czynników. Lepiej, gdy wiadomo, jak one oddziaływają, kto i w imię kogo je przekazuje. Taką jasność może zapewnić jedynie lobbysta. Im bardziej klarowne będą zasady, według których z jednej strony działają lobbyści, a z drugiej politycy uzyskują informacje, tym zdrowszy stanie się klimat wokół grup wpływów i ich roli w kształtowaniu społeczeństwa demokratycznego.
Lobbyści nie przyznają się do dawania łapówek ani działań niezgodnych z prawem. Dla nich najważniejsze jest, by pozostać wiarygodnym w oczach polityków i urzędników. Praca takiego lobbysty to nie jednorazowy "skok na kasę", ale ciągłe podtrzymywanie korzystnych relacji z władzami państwa, rządem oraz parlamentem.
Codzienna praca lobbysty to przede wszystkim szukanie kontaktów. Rzecznik interesów musi zwyczajnie wiedzieć, co w trawie piszczy, ponieważ skuteczność jego pracy zależy od tego, na jak wczesnym etapie włączy się w proces decyzyjny dotyczący zmian legislacyjnych. Osobiste znajomości, mimo że przydatne, nie są tu najważniejsze. Ci, którzy do lobbingu przychodzą z administracji czy polityki, mają o wiele łatwiejsze zadanie, bo doskonale znają mechanizmy pracy urzędów.
Ale zbyt bliskie kontakty z jedną tylko opcją polityczną mogą być dla lobbysty niebezpieczne. Przekonał się o tym Marek Matraszek, szef warszawskiego CEC Government Relations. Swego czasu uważany za lobbystę numer jeden w kraju, reprezentował m.in. interesy Boeninga i Lockheed-Martina. Towarzysko powiązany z politykami prawicy, choćby przez tzw. grupę Windsor, stracił pozycję po przejęciu władzy przez SLD. Teraz pracuje z mozołem nad odbudowaniem nazwiska, ale jak głoszą środowiskowe plotki, ostatnie 3 lata mocno uderzyły go po kieszeni.
Wbrew pozorom, firmy lobbingowe nie rezydują w kapiących złotem i kryształami biurach. Pieniądze, choć bywają ogromne, zazwyczaj są skromniejsze. Tak wielkie sprawy, jak przeforsowanie kupna F-16 czy przepchnięcie ustawy o biopaliwach, nie zdarzają się codziennie. W większości przypadków chodzi o lobbowanie w sprawach znacznie mniejszego kalibru, często dotyczące niszowej branży lub produktu. I o mniejsze pieniądze.
Gazeta Prawna - 09
źródło: Gazeta Finansowa